• Wpisów: 25
  • Średnio co: 108 dni
  • Ostatni wpis: 7 lat temu, 10:48
  • Licznik odwiedzin: 26 454 / 2833 dni
 
archiev
 
Artur Skrzydło: Do Imlil dotarle, tzw grand taxi czyli taksowka ktora dziala jak autobus. Czeka sie az bedzie odpowiednia liczba chetnych i dopiero wtedy taxi jedzie. Do starego mercedesa wbija sie 7 osob >:D Roznica temperatur miedzy marrakeszem a imlil byla dosc znaczna i sie od razu przeziebilem. Nie moglem sie dogadac z kobieta ktora byla wlascicielka terenu na ktorym namiotowalem i musialem wchodzic na Toubkala z 16 kg plecakiem.

Pierwzszy dzien to podroz do refugio na wysokosci 3200 m. Normalnie idzie sie troche wiecej niz 4 godziny. MI zajelo to 7 godzin i myslalem ze skonam. Nawet jeden z berberow, mieszkancow gor, zrobil wielkie oczy jak podniosl moj plecak. Bo kazdy tam wchodzi z lekkim bagazem albo muly niosa ciezkie plecaki. Czasem tez ludzie wjezdzaja na mulach:d No i tak. Bylem chory, rano mmnie zlapala biegunka mialem ciezki plecak i wchodzilem w pracacy,m sloncu. Myslalem ze nigdy sie to nie skonczy. Zaczalem tez miec problemy z oddychaniem. Musialem czesto robic przerwy ale jakos sie tam doczolgalem do refugia. Jedyne co zdolalem zrobic to wzialem prysznic i poszedlem spac. Wiedzialem ze ,usze cos zjesc ale nie umialem przez dlugi czas sie do tego zmusic. W koncu wstalem i zszedlem na dol. Czulem sie okropnie ale po kolacji mi sie poprawilo. Poznalem pare z polski oraz pare ze slowenii, z ktora postanowilem sie zabrac za atak na szczyt. Jeszce podczas kolacji jakis koles stracil przytomnosc i go reanimowali wiec mialem fest stracha zwawajac na moj obecny stan.

Wstalem o 6:30 i mielismu ruszac na szczyt. Wtedy dopiero uswiadomilem sobie ze sie kompletnie nie zaakli,atyzowalem. CHoroba mi nie przeszla a wchodzenie na szcyt to byla jedna wielka niekonczaca sie katorga. Praktycznie co 10-20 krokow musialem sie zatrzymywac bo moje tetno bylo jak po przebiegniecu maratonu. Baaa co wiecej, jak juz stanalem nie potrafilem ustabilizowac oddechu. Slowency poszli juz nie czekajac na mnie bo to nie mialoby sensu.

To bylo okropne. Wiekszosc ludzi mnie wyprzedzala bo snulem sie jak zombi. Oddychalo mi sie tak ciezko ze zwykle wlozenie polara do plecaka bylo dla mnie niezwykle wymagajace. Ale szedlem dalej. Naprawde sie zaniepokoilem gdy zaczely mi dretwiec dlonie i stopy. Mimo ze byloi cieplo i caly czas ich uzywalem. MYslalem ze tam juz nie dojde. Na szczescie dretwienie ustapilo. Nadal jednak wchodzilem w tempie 10 krokow - minuta na ustabilizowanie oddechu. Byla to jedna wielka tytaniczna praca. Moja choroba i niedozywienie spowodowaly kompletny brak aklimatyzacji na tej wysokosci. W koncu jednak udalo sie wejsc. Bylo super. Pokonalem najwieksze chwile slabosci w swoim zyciu. Na szcycie o dziwo nie wialo. Baaa nawet cieplo bylo a widoki byly spektakularne. Nawet lepiej sie poczulem. Siedzialem tam chyba ze 45 minut. Tak jak to pisalem w poprzedniej notce ktora sie nie dodala, nie bylo sniegu wiec bylo ok. Gdy zobacylem ciemniejsze chmury zdecydowalem ze trzeba schodzic. Schodzenie juz bylo latwiejsze ale nadal zajmowalo mi wiecej czasu niz innym. Pod koniec trasy powrotnej zacelo padac. Bylem tak wykonczony  ze zdecydowalem zostac sie na jescze jedna noc w refugio zamiast powrotu bezposrednio do imlil. Jescze jak juz bylem przy refugio to spotkalem grupe marokanczykow wchodzacych na szczyt. Wrocili po zmroku i okazalo sie ze rozpetala sie tam burza sniezna. Nastepnego dnia tez pogoda byla brzydka wiec trafilem idealnie. Schodzenie bylo juz latwiejsze choc meczyl mnie bardzo bolesny kaszel. Teraz jestem spowrotem w Marrakeszu i znowu ukrop z nieba. Jeszce na dodatek mam przytkane uszy po zjedzie z gor na poziom zero. Wybieram sie teraz do Ourzarate i w kierunku pustyni. Jesli bedzie bus. Jesli nie to spedze noc w Marrakeszu.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków